Segregacja klasowa 

Przygotowany w zeszłym roku przez Instytut Studiów Publicznych raport ujawnił, że co najmniej jedna piąta podstawówek i połowa gimnazjów dzieli uczniów wedle zasobności portfeli ich opiekunów. Pomimo opublikowania w prasie raportu i deklaracji kuratoriów oświaty dążących podobno do zmiany tego stanu, praktyki takie są wciąż stosowane.

Najpowszechniejsze jest tworzenie w szkołach klas lepszych i gorszych. Do tych pierwszych trafiają uczniowie z bogatych domów. Mają w związku z tym dodatkowe zajęcia pozalekcyjne. Za dodatkową opłatą bachory mogą się uczyć języków obcych na wyższym poziomie niż dzieci popólstwa czy uczestniczyć w zajęciach sportowych. Mogą też liczyć na zajęcia z nauczycielami „wypożyczonymi” z renomowanych szkół. Dyrektorzy chwalą się wysokimi wynikami takich elitarnych klas zwanych „pakietowymi”....

Ci uczniowie, których rodziców nie stać na wspieranie finansowe szkoły, muszą zadowolić się klasami gorszymi. Nie mają co liczyć na uczestnictwo w dodatkowych zająciach. Także nauczyciele się nimi mniej zajmują. W efekcie dochodzi, że biedni rzeczywiście uczą się gorzej.

Jeśli w szkole są uczniowie ze wsi i z miasta, to zwykle jedni i drudzy są dzieleni na osobne klasy.

Ustaliliśmy fakty, które uzupełniają wiedzę o segregacji uczniów według zamożności. Szkolne stołówki nie są wolne od podziałów klasowych. W kilku przypadkach doszło do tego, że zostały ustalone dwa jadłospisy: jeden dla tych, którzy obiady mają za darmo,
a drugi – lepszy – dla bachorów, których rodzice wykupili dodatkowe bony.

W ramach „urynkowienia” szkoły publiczne zająły się też turystyką. W przeszłość odeszły czasy, gdy wycieczki były dostępne dla wszystkich. Coraz częstszą praktyką jest organizowanie jest drogich wyjazdów zagranicznych, na których nauczyciele pełnią rolę przewodników. Wszystko oczywiście pod przykrywką edukacji i poszerzania horyzontów. Imprezy takie są jednak organizowane w celu wyciągnięcia kasy od najbogatszych rodziców.

Niektóre szkoły powoli zaczynają także ograniczań swoją podstawową działalność wychowawczą. Na przykład dyrekcja Szkoły Podstawowej nr 30 na łódzkich Bałutach uznała, że bezrobotni to ludzie leżący do góry brzuchami i niewiedzący, co robić z wolnym czasem. W związku z tym mogą zająć się swoimi bachorami. Aby uczeń mógł uczęszczać do szkolnej świetlicy po lekcjach, musi okazać zaświadczenie o zatrudnieniu rodziców. Ponieważ szkoła znajduje się w biednej dzielnicy, to z pewnością wywalenie dzieciaków na ulicę nie przysłuży się ich wychowaniu. Decyzja dyrekcji łódzkiej podstawówki nie wywołała protestów kuratorium oświaty, które podobno dba o równe traktowanie uczniów.

W ten oto sposób system oświaty tworzy już od podstawówki getta dla biednych. Ponieważ mają oni gorsze warunki do nauki, to już tylko krok do stwierdzenia, że inteligencja zależy od zamożności. Przecież nawet największy idiota dzięki pieniądzom rodziców dostanie się na jakąś prywatną uczelnię. Może więc drogą do rozwiązania problemu jest zalegalizowanie kupowanie świadectw na bazarach?

                                                      Piotr Ciszewski
                                                      "Nie"  6/2005

 

 

 


 

SONDA
Czy zawarte tu informacje były dla Ciebie pożyteczne?

Tak
Niezupełnie
Nie

 

   


 

 

 

Copyright All rights reserved. EncykopediaNowoczesnejKobiety VirtuEla1993-2010 
Copyright | Kontakt